foto: RGtimeline/shutterstock.com

Niedawno grupa amerykańskich pacjentów złożyła do sądu pozew przeciwko firmie Mylan. Powodem decyzji było drastyczne podwyższenie ceny preparatu antyalergicznego. W ostatnim czasie podobnych pozwów w Stanach Zjednoczonych przybywa.

Pozwana do sądu firma Mylan podniosła cenę lekarstwa ponad sześciokrotnie (z 90 do 600 dolarów). Wcześniej kilkunastu pacjentów zaskarżyło działania trzech potentatów rynku preparatów dla cukrzyków: Novo Nordisk, Eli Lilly i Sanofi. Powodem wniesienia sprawy do sądu również była podwyżka cen. Chodzi o koszt insulin, który w ostatnich pięciu latach wzrósł o 150%. W efekcie chorzy muszą wydawać na ratujące życie lekarstwa nawet 900 dolarów miesięcznie.

Pozwy sądowe to element szerszego zjawiska narastającego buntu pacjentów przeciw chciwej postawie koncernów farmaceutycznych. W lutym tego roku grupa osób powołała fundację Patients For Affordable Drugs w celu zwalczania monopolu firm na ustalanie cen farmaceutyków.

Oburzających praktyk jest bardzo wiele.

Symboliczną i przełomową stała się sprawa Martina Shkreliego z 2015 roku.

Wówczas należąca do niego firma Turing Pharmaceuticals wykupiła prawo do leku o nazwie Daraprim i w ciągu jednego dnia podniosła jego cenę z 13,5 do… 750 dolarów za tabletkę. Szokująca podwyżka wywołała oburzenie amerykańskiej opinii publicznej. Preparat jest jedynym skutecznym środkiem do walki z toksoplazmozą. Drastyczny wzrost ceny produktu dotknął najboleśniej pacjentów z obniżoną odpornością (między innymi chorych na AIDS), u których ryzyko ujawnienia się jednokomórkowego pasożyta wywołującego chorobę jest wyższe.

Jak doszło do tego, że szokująca podwyżka ceny była w ogóle możliwa? Daraprim to specyfik obecny na rynku od 60 lat, jego ochrona patentowa dawno temu wygasła. Martin Shkreli mógł jednak zdobyć wyłączność na preparat dzięki brakowi konkurencji. Cena Daraprimu była niska, a zapotrzebowanie niewielkie. Shkreli podjął szereg – w efekcie skutecznych – działań, które miały mu zapewnić sowite zyski ze sprzedaży specyfiku. Nie była to jego pierwsza tego rodzaju inicjatywa. W 2014 roku inna założona przez niego firma nabyła prawo do produkcji preparatu Thiola, stosowanego do terapii cystynurii – schorzenia, w wyniku którego dochodzi do odkładania się kamieni w przewodzie moczowym.

Wkrótce potem cena produktu skoczyła z 1,5 do 30 dolarów za tabletkę.

“Obrotny” biznesmen nie był oczywiście pionierem podobnych praktyk. Szlak przecierały koncerny farmaceutyczne, między innymi kanadyjska firma Valeant, która siedem lat temu wykupiła dwa lekarstwa stosowane w chorobie Wilsona. To rzadka przypadłość o podłożu genetycznym upośledzająca wydalanie nadmiaru miedzi z organizmu. W jej wyniku pierwiastek odkłada się w wątrobie i w innych organach, co może prowadzić do śmierci. Opisywane farmaceutyki są sprzedawane pod nazwami Cuprimine i Syprine. Ich zadaniem  jest wspieranie organizmu w procesie wychwycania miedzi. Firma Valeant postanowiła znacznie zarobić na unikatowej pozycji specyfików na rynku. Koncern między rokiem 2010 a 2015 aż 15 razy podnosił ceny obu medykamentów. Cuprimine podrożał z 445 do 26,2 tysięcy dolarów za 30-dniową kurację, a Syprine z 782 do 21,3 tysięcy dolarów. Dla pacjentów oznacza to koszmar: omawiane lekarstwa przyjmuje się przez całe życie.

Ta i podobne sprawy zyskały ponury rozgłos w Stanach Zjednoczonych. Był on na tyle poważny, że amerykański Senat postanowił zająć się opisywanymi przez środki masowego przekazu aferami. Zorganizowano przesłuchania z udziałem przedstawicieli firm. Senatorowie przygotowali szereg zaleceń, które miały na celu zapobieganie szkodliwym praktykom na przyszłość. Wśród uzgodnionych rozwiązań znalazły się między innymi procedura chwilowego importu z zagranicy leków na rzadkie schorzenia i stworzenia szybkiej ścieżki tworzenia zamienników dla wybranych preparatów.

Praktyka kilku- lub nawet kilkunastokrotnego podwyższania cen farmaceutyków to domena przede wszystkim mniejszych w skali całej branży firm, które liczą na szybki zysk.

Popularną strategią jest ustalanie wartości leków na maksymalnym akceptowalnym przez rynek poziomie.

To już nagminne działanie wielkich koncernów.

Pod koniec 2015 roku “Wall Street Journal” opisał proces formułowania przez koncern Pfizer ceny lekarstwa stosowanego w terapii nowotworu piersi. Pracownicy działu marketingu firmy usiłowali nie przekroczyć poziomu, w którym płacące za lek firmy ubezpieczeniowe  zaczęłyby blokować dostęp do produktu, na przykład wymagając od lekarzy wypełniania dodatkowych formularzy z uzasadnieniem, dlaczego zdecydowali się przepisać pacjentowi droższy preparat. Przeprowadzono szereg wywiadów z medykami, przedstawicielami sieci aptek oraz firm ubezpieczeniowych. W efekcie ustalono, że maksymalną dopuszczalną rynkowo ceną jest kwota 10 tysięcy dolarów za miesięczną terapię. Ostateczną cenę lekarstwa wyznaczono na poziomie 9 850 dolarów.

Drastycznie wysokie podwyżki nie należą wprawdzie do standardu w branży, ale wzrost cen farmaceutyków jest w ostatnich latach zjawiskiem stałym. Eksperci wyliczyli, że w okresie 2008-2015 globalny wzrost cen lekarstw wyniósł aż 127 procent.